Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.



21.02.2019

Wdrażanie projektów AI

Infrastruktura OVH
21.02.2019

Certyfikacja kluczy

HEUTHES-CAK
21.02.2019

Kopie zapasowe

Veeam Availability for AWS
21.02.2019

Dysk SSD Samsung 970 EVO Plus

Dysk SSD Samsung 970 EVO Plus
21.02.2019

Szyfrowane USB

Kingston IronKey D300 Serialized
21.02.2019

Bezpieczeństwo sieci

Check Point Maestro i seria 6000
21.02.2019

Ochrona danych

Commvault IntelliSnap i ScaleProtect
21.02.2019

Ułatwienie telekonferencji

Plantronics Calisto 3200 i 5200
21.02.2019

Transformacja centrów danych

Fujitsu PRIMEFLEX for VMware vSAN

Poświęcenie wyznawCUW

Data publikacji: 21-01-2019 Autor: Maciej Lelusz

Rosną jak grzyby po deszczu. W każdym mieście większym od Jelitkowa Dolnego jest przynajmniej jedno. Gdziekolwiek spojrzysz, doznajesz olśnienia – widzisz kolejny znak Wielkiej Globalnej Marki, której jasność wiekuista przyćmiewa mrok biedy i nierówność klas, jakie sama nakręca. Tylko ci, którzy Wielkim Globalnym Markom oddali w ofierze swoje życie, stali się jednostkami, które odniosły sukces… A inni? Jacy inni? Ten element krajobrazu, który gotuje, sprząta i wbija na kasie kod kreskowy towaru? Oni są spoza elit.

To ogromne poświęcenie i ofiary składane na ołtarzu korporacyjnych Centrów Usług Wspólnych odciskają piętno. Piętno, którego nie da się zmyć. Do tego cały czas coś wewnątrz uwiera i nabrzmiewa… aż do momentu pierwszego nieudanego awansu. Wówczas gdy ktoś inny zostaje starszym akolitą, budzi się w sercu gniew. Porzucają oni wówczas kościół swój na rzecz innego, gdzie przyjmują ich z otwartymi ramionami… I tak cykl się powtarza. Żyjemy w świecie wiecznego sukcesu, gdzie zmiana też jest sukcesem, może mniejszym niż awans, ale zawsze jakimś. To dzięki niemu jest co w soszjal media wrzucić, o czym pogadać na lunchu przy jarmużowym szejku lub na wieczornych tapaskach przy kieliszku cavy. Wielu jest również takich, którym silna wiara i ofiary pozwalają wspiąć się wysoko w hierarchii. Jest ich stosunkowo niewielu, ale lśnią przykładem dla mas, a o ich czynach śpiewane są pieśni na mitingach. Cel lśni wysoko na firmamencie CUW, tuż za szklanym sufitem, który z perspektywy juniora jest tak wysoko, że w zasadzie go nie widać.

Czasami bracia słabi w wierze, jak również i ci silniejsi pękają i opuszczają centra. Okazuje się wówczas, że to, co wydawało się niezbędne do życia, a na co nie starczało czasu, jest w zasięgu ręki i nie jest takie trudne do osiągnięcia lub zrobienia. Ba, nawet cieszy. Co więcej, bardziej się to widzi i docenia dopiero wtedy, gdy się to straciło. Niestety po odejściu często spada się z wysoka i powrót do rzeczywistości bywa trudny. Gdy pracowało się po 14 h dziennie, to śniadanie, obiad i kolacja zawsze były gotowe w pobliskiej knajpce, dom posprzątany przez koleżankę zza wschodniej granicy, a tryptyk – fizykoterapeuta, trener personalny i dietetyk – tylko czekał, aby ratować wymęczone ciało. Wtedy okazuje się też, że ciało nie było zadbane tak dobrze, jakby się zdawało. Zbyt intensywne użycie – wieczny stres, jedzenie w pośpiechu, olimpijskie tempo, kilkanaście godzin na dobę przed monitorem, a później po pracy fitness i wóda – dało się we znaki. Fakt, trójca pomocników była zawsze na zawołanie, ale tylko w kontekście objawów. Dopiero po wydaleniu lub odejściu z zakonu prawdziwe problemy wychodzą na wierzch. Co więcej, nie ma się też za bardzo komu pożalić, bo znajomi albo w CUW, albo odeszli w nieznane wraz z nadejściem Piętna. A w życiu wiecznego singla zazwyczaj nie było miejsca na kontakty z kolegami ze starej paczki. Dominuje uczucie jak po lobotomii. Chociaż… gdzieś tam w głębokiej jaźni migają jeszcze obrazy znajomych, którzy wrzucali zdjęcia z budowy domu, pierwszych kroków dziecka czy spotkań i wyjazdów.

Takie połączenie samotności, nierzadko gorszego statusu materialnego oraz fizycznego wyczerpania może poprowadzić człowieka w dwie strony – tą łatwiejszą, czyli całkowitego upadku, lub trudniejszą związaną z samodoskonaleniem się, autorefleksją i budowaniem lepszego siebie dla siebie. Jako że pierwsza droga jest oczywista, nie ma się co w nią zagłębiać – dosłownie i w przenośni. Druga trasa jest o wiele bardziej zawiła, a dzięki temu i interesująca. Wydaje się, że oprócz lepszego siebie można zyskać w ten sposób zdecydowanie bogatsze otoczenie, lepszą jakość życia prywatnego i zawodowego, a co za tym idzie, lepszą i bardziej wartościową niż uprzednio pozycję społeczną. Człowiek nie wypala się aż tak szybko i tak ostatecznie. Nie rozsypuje się w rękach ot tak. Pracuje, żeby żyć, a nie żyje, aby pracować. Pozostawia coś po sobie, a nie tylko zachwyca się tymczasowością usługi i świątyniami CUW, których czas niedługo minie.

 


Bloger i niezależny konsultant z wieloletnim doświadczeniem w branży IT, specjalizujący się w wirtualizacji i cloud computingu. Posiada tytuły MCP, MCTS, VCP oraz VMware vExpert.

.

Transmisje online zapewnia: StreamOnline

All rights reserved © 2019 Presscom / Miesięcznik "IT Professional"