Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.



26.05.2020

Cloud Native Universe

Jako patron medialny zapraszamy programistów wdrażających lub integrujących się z dowolną...
26.03.2020

Koniec certyfikatów...

MCSA, MCSD i MCSA
26.03.2020

Odświeżony OS

FortiOS 6.4
26.03.2020

Bezpieczeństwo w chmurze

Cisco SecureX
26.03.2020

Modernizacja IT

Nowości w VMware Tanzu
26.03.2020

Krytyczne zagrożenie dla...

Nowa groźna podatność
26.03.2020

Laptopy dla wymagających

Nowe ThinkPady T, X i L
26.03.2020

Serwerowe ARM-y

Ampere Altra
26.03.2020

Energooszczędny monitor

Philips 243B1

Na swoje podobieństwo

Data publikacji: 24-10-2019 Autor: Maciej Lelusz

Każdy przedsiębiorca ma taki moment refleksji, najczęściej kiedy już zaparkuje trzeci samochód przy drugiej żonie, że w życiu nie chodzi o to, żeby ciężko pracować, ale mądrze.

 

W umyśle rodzi się mu wówczas myśl, że praca po 16 h dziennie jest owszem rozwiązaniem na całe życie, ale będzie ono przez ten fakt znacząco krótsze. Tak więc nasz bohater postanawia się sklonować, co po dość pobieżnym rozpoznaniu tematu w internecie okazuje się niestety wciąż niemożliwe lub nielegalne. Zadumany, zafrasowany postanawia podzielić się wiedzą – zatrudnić i natchnąć jakiegoś niczego się niespodziewającego przyszłego pracownika. Rozpoczyna szukanie, płaci za ogłoszenia, przerzuca setki CV jak chłop gnój na wiosnę, wybiera, ogląda, aż w końcu się decyduje. Nasz bohater uradowany oczekuje więc na młodego, zdecydowanego, dynamicznego i z szerokimi horyzontami padawana… Uczeń wreszcie pewnego dnia pojawia się z rana i siada. I tu konsternacja – co zrobić z gagatkiem? Bez instrukcji przyszedł, bez nawet krótkiej notatki, jak używać. Nasz zmęczony życiem, ale pełen nadziei przedsiębiorca wpada na pomysł – nauczać, ufać, ale kontrolować. I zaczyna się jazda – nie tak, nie tu, nie w to. Może i biedaczyna młody, junior, nawet jakiś pomysł ma, ale od zawsze robimy to tak, a nie inaczej! Kierat się kręci, kreatywność umiera, obroty spadają, a z 16 h dziennie robią się 22 h.

Zastanawiające jest, że szukając człowieka do współpracy, szybko i często ginie gdzieś przedrostek „współ-” i finalnie okazuje się, że trzeba skupić się na pracy i nie gadać. Wydawałoby się, że siła tkwi w różnorodności, że każdy z nas jest inny, że widzimy świat inaczej i możemy tę cechę kreatywnie wykorzystać w pracy. Szukanie albo modelowanie współpracownika na swoje podobieństwo jest błędem tak częstym, że aż przykrym. To zabijanie potencjału. Pozwólmy ludziom ze świeżym podejściem komentować działania i plany, być partnerami w dyskusji, a nie wyłącznie wyrobnikami wykonującymi katorżniczą pracę. Traktowanie bliskie niewolnictwa, nie współpracy.

Siła zespołu płynie z jego różnorodności. Trzeba dyskutować, a nie stosować tak ukochany przez wielu mikromanagment. Dać ludziom trochę przestrzeni, za co oni w zamian z uśmiechem dadzą nam jej o wiele więcej. Oczywiście zasady organizacji, standardy, utarte szlaki i sprawdzone metody nie znikną nagle. Jednak kto zabroni je ulepszać? Gdy dzień w dzień jeździ się do pracy tą samą wąską drogą, łatwo można przegapić nową, szerszą, wybudowaną obok.

Może takie tłamszenie wynika z naszego narodowego problemu – braku zaufania do drugiej osoby? Mit? Ta utrudniająca wszystkim życie cecha objawia się w wielu miejscach – weźmy na tapet ot choćby umowy na wykonanie prostych prac. Mamy tendencję do robienia z tego 180-stronicowych potworów, pełnych tłustych paragrafów, kar, wymogów, obwarowań i przecinków skrupulatnie ustawianych przez armie prawników. To również przekłada się na pracę, na relacje z kolegami – nie ufamy, sprawdzamy, rejestrujemy, pilnujemy jak więźniów na spacerniaku. Niuchamy, czy Facebooka włączyli, czy na YouTubie siedzą, zamiast ryć w SAP-ie czy w konsoli… A wystarczyłoby może zmienić atmosferę, porozmawiać, trochę inaczej zarządzić zespołem. Bo w sumie niech rzuci kamieniem pierwszy ten, co w robocie na FB nie wchodzi lub sobie jakichś głupot w internecie nie poogląda. W dobrze ustawionym i zgranym zespole czerpie się z różnic i specyficznych umiejętności każdego z członków, a nie krzyżuje i biczuje za niepowodzenia lub chwile słabości. Nie mówię oczywiście o patologii, ale o zwykłym ludzkim małym nieróbstwie.

Warto zacząć od celu – jasnego, zarysowanego grubą kreską na horyzoncie. Później odrobina pozytywnego myślenia, entuzjazmu w dążeniu do niego, rozmów z ludźmi i nawet największe gbury po jakimś czasie przekonają się i będą do owego celu dążyć. Zostawmy ludziom przestrzeń w tym biegu, ale kierujmy. Nie zostawiajmy ich samych, nie pozwólmy im zgubić nadziei i wiary w wizję, ale dajmy iść własną drogą, bo może się okazać lepsza od naszej. To ma sens, ale często wymaga od menedżera ciężkiej pracy nad samym sobą. Trzeba bowiem ogromnego, niezmąconego skupienia i wytrwałości, akceptacji zalet zespołu i ich słabości. Słuchać, kierować, ale NIE ROBIĆ za kogoś. Poprawiać, spać, rozmawiać, powtarzać. I tak mknąć do celu.


Bloger i niezależny konsultant z wieloletnim doświadczeniem w branży IT, specjalizujący się w wirtualizacji i cloud computingu. Posiada tytuły MCP, MCTS, VCP oraz VMware vExpert.

.

Transmisje online zapewnia: StreamOnline

All rights reserved © 2019 Presscom / Miesięcznik "IT Professional"