Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.



01.06.2021

Monitory interaktywne Newline...

Na rynek trafiły nowe monitory interaktywne Newline MIRA stanowiące kompletne narzędzia...
27.05.2021

Anywhere Workspace

VMware wprowadza rozwiązanie Anywhere Workspace
27.05.2021

Narzędzie SaaS

Lenovo Device Intelligence Plus
27.05.2021

Nowa fala przetwarzania edge

Red Hat Edge
27.05.2021

Wirtualny router od QNAP-a

QuWAN vRouter
27.05.2021

Ochrona endpointów

Cisco SASE
27.05.2021

Monitor graficzny

Monitor graficzny PD2725U od BenQ zaprojektowany jest z myślą o wygodnej pracy...
27.05.2021

Monitoring wizyjny

D-Link Vigilance
27.05.2021

Moc i elastyczność

Liebert EXM2

Uczę się, więc jestem

Data publikacji: 22-10-2020 Autor: Maciej Lelusz
Maciej Lelusz

Umiejętności to paliwo XXI wieku. Dostęp do kursów, szkoleń, wykładów, książek i innych form samokształcenia jest tak ogromny, że wręcz niemożliwy do przeprocesowania. Uczyć się w zasadzie można cały czas, bez przerwy, nie poświęcając nawet chwili na praktykę, na doświadczanie. To smutne, bo w doświadczaniu zdaje się zawierać największa mądrość, zabawa i radość.


Nakręcanie spirali szaleństwa samokształcenia sprowadza nas do swoistego bezmyślnego konsumenta cudzych (daj Boże) doświadczeń. To taka forma niekończącej się telenoweli, gdy oglądając kolejne odcinki, żyjemy życiem bohaterów. Na nasze własne już nie wystarcza czasu. Procesujemy ogromne ilości informacji, a wiadomo, że gdy wchodzi się w las – jest coraz więcej drzew. Zatem procesujemy jeszcze więcej i jeszcze. Fenomenem jest to, że nie idziemy już ścieżką specjalizacji, a wybieramy tę opartą na generalizowaniu – brniemy w wiele tematów naraz, tak naprawdę nie zgłębiając nic dogłębnie. Nie wydaje mi się, żeby ludzki mózg – podczas trwającej od niedawna zmiany pokoleniowej i przejścia w epokę cyfrową mógł zmienić się tak bardzo, aby zwiększyć swoją pojemność i – finalnie – zdołał pomieścić wszystkie pochłaniane informacje. To tak jakby dostać narzędzie z tysiącem interfejsów, które załatwiają wszystkie sprawy, i nie mieć czasu na skorzystanie z nich, bo zaraz pojawia się wersja 2.0, z rozszerzonym pakietem funkcji. A my dopiero przyswoiliśmy te pierwsze… Osiągamy wówczas stan błogiego deadlocka. Co gorsza – zakleszczenie nie przeszkadza i hop, wskakujemy w kolejny kurs online, kolejne doszkalanie językowe, kolejną fascynację. Nie gruntujemy wiedzy już zdobytej, a na jej chwiejnych podstawach budujemy kolejną warstwę. Na pewno dzieje się tak, ponieważ ilość wiedzy, która jest potrzebna do osiągniecia prawdziwej specjalizacji, jest zbyt ogromna, by posiąść ją błyskawicznie. Nakładają się przecież na nią dziesiątki lat rozwoju danej tematyki. Możliwe, że opisywana tendencja łączy się z ogromną potrzebą sukcesu, który tworzy wokół nas świat social mediów. Gdzie wszyscy jedzą supersmaczne fancy żarcie, chodzą w markowych nowych ciuchach i generalnie odnoszą same sukcesy w życiu. Czasami zabrudzą sobie nieco ręce, wrzucając zdjęcie schorowanego dziecka, zrobią zbiórkę na ratowanie muflonów plamistych czy też utożsamią się z jakimś problemem społecznym, nakładając warstwę na swoje zdjęcie profilowe.


To potrzeba akceptacji stadnej przeniesionej do sieci, w której jest stworzony cudowny interfejs pozwalający zapomnieć o  naturalizmie życia. W tym właśnie środowisku samokształcenie nabiera jeszcze bardziej kuszącej formy, a najlepiej jeśli jest całkowicie online. Wówczas bowiem można pokazywać swój postęp, swój sukces. Wydaje mi się, że zatracamy połączenie wiedzy z umiejętnościami, że powstaje taka anorektyczna wersja specjalizacji, a towarzyszący jej pęd i nieprzerwana potrzeba nowych sukcesów zabijają całkowicie sens samorozwoju. Sens, którym jest po prostu odrobina poczucia spełnienia, chwila dla siebie i swojego dzieła, celebracji kunsztu specjalisty. Potrzebny jest zwykły spokojny dzień – dla siebie i swoich umiejętności. Coraz więcej w nas patrzenia do przodu, a coraz mniej cierpliwości i odwagi, która niezbędna jest do bycia mistrzem. Teraz aby przejść drogę od juniora do specjalisty, wystarczą dwa – w nieco bardziej konserwatywnych organizacjach – trzy lata. Czeladnik zmieniał się w mistrza przez 10-15 lat. Można powiedzieć, że niegdysiejsze zawody były prostsze, ale wydaje mi się, że to błąd poznawczy, który teraz w dobie bardzo dobrze opracowanych narzędzi łatwo jest popełnić. Kowal musiał sam sobie wykuć kleszcze i to nie było proste zadanie. A później za pomocą tych kleszczy kuł podkowy, miecze czy bramy. Kunszt specjalisty rósł w czasie, bo z każdym dniem potrafił on lepiej posługiwać się tymi właśnie kleszczami i młotkiem. Jego praca nad sobą i doświadczenie pozwalały mu na osiągnięcie mistrzostwa. Nie musiał kończyć 3000 kursów oraz uniwersytetów. Teraz te kleszcze w formie edytorów kodu, systemów operacyjnych, SDN, API REST są przyjazne do użycia i nie musimy ich tworzyć. Zatem trochę pracy mamy z głowy, gdyż wystarczy nauka obsługiwania – i to też nie wszystkich dostępnych narzędzi. Wystarczy kilka, które pozwolą nam na budowanie pięknych rzeczy. Później trzeba czasu, cierpliwości i porażki… a to może przyjść o wiele trudniej, gdy wszyscy wokół wspinają się na wyżyny społecznego uwielbienia.

 

Bloger i niezależny konsultant z wieloletnim doświadczeniem w branży IT, specjalizujący się w wirtualizacji i cloud computingu. Posiada tytuły MCP, MCTS, VCP
oraz VMware vExpert.

.

Transmisje online zapewnia: StreamOnline

All rights reserved © 2019 Presscom / Miesięcznik "IT Professional"